Jesteś w archiwum mojego bloga - styczeń 2008
27. styczeń 2008 21:20:00
Dwa kaczory na cyplu stroszą pióra i jak na komendę przestępują z prawej na lewą nogę.
- A co to za pedalskie tańce? - pytam ze śmiechem.
Ale kiedy brązowy, dryfujący w stronę brzegu korzeń okazuje się być zgrabną, kręcącą kuprem kaczuszką - porzucam niestosowne podejrzenia na rzecz przypuszczeń, że kiedy puszczą lody, tu, na tym cichym, bezpiecznym, ukrytym w szuwarach pasku lądu poleje się gorąca krew.
Tymczasem zimna, rybia już się leje, od kiedy zapuszcza się tu czapla. Sunie nisko, chwiejnie, w gęstniejącym śniegu, który moczy jej pióra, wgniata w nurt i nad kaczym cyplem zmusza do powrotu w stronę ujścia.
I ja muszę wracać. Mam na nogach przemakalne, sportowe buty, więc biegnę na skróty, przez las i wydmy. Na zaśnieżonym zboczu ciemnieje sylwetka mężczyzny. Odbijam w stronę osiedla, próbuję go ominąć, ale on wyraźnie zastępuję mi drogę. Zawracam, pędzę w dół, w stronę rzeki i wtedy słyszę, jak woła moje imię.
- Bałwan, bałwan! - krzyczę i z płaczem wpadam w oblepione śniegiem ramiona R.
Dodaj swój komentarz (1)
26. styczeń 2008 21:09:00
Jest ciemny, gwałtowny i łatwo się w nim pogubić. Przyczaja się, czeka aż nacisnę klamkę, a wtedy szarpie drzwi, chwyta za włosy, wciska w usta, odbiera głos. Wyrywa mnie z domu: Wyjdź, spróbuj, może się spełni, zobacz, to niedaleko - w miejscu wskazanym przez gałązki brzozy, gdzie już lecą ziarna piasku, ptasie piórka, patyczki, skruszone igły, strzępki liści, podarta w paski kora.
Ale ja tylko wkładam do miski kość z zupy i czekam aż Paskuda wygramoli się z budy. Potem wracam i wycieram wodę z przewróconego wazonu, z którego Apollo wyjął bukiet wytwornych róż, otulonych przez kwiaciarkę skrawkiem worka na ziemniaki. Zapalam świeczkę i wlewam do kominka kilka kropel olejku łąkowego. W skrzypiącym domu, w zapachu gotowanej marchewki i suszonej koniczyny - zostajemy z R. sami. Z wiatrem.
Dodaj swój komentarz (4)
24. styczeń 2008 20:38:00
Pomiędzy jedną pracą a drugą zdąży się jeszcze wjechać między wydmy. Pustka, długie cienie, przyczajony las. Gałązka spada z drzewa i nagle dostrzegam świeże ślady na śniegu i dym - jak z pospiesznie zagaszonych ognisk. Elfy się kryją między sosnami, rzucają szyszkami w łańcuch i koła.

Dodaj swój komentarz (6)
22. styczeń 2008 19:36:00
nocny pociąg - za szybą
dłoń się porusza
topnieje szron
Dodaj swój komentarz (0)
22. styczeń 2008 14:09:00
(W przerwie między lekcjami a Radą Pedagogiczną)
Nie możesz im powiedzieć wszystkiego, co wiesz o miłości, w każdej linijce poświęconej miłości. Usuń się w cień, a wtedy oni poczują to, co ty czujesz, ponieważ czuli to zawsze. Nie możesz ich niczego nauczyć. Nie jesteś od nich piękniejszy. Ani mądrzejszy. Nie krzycz na nich. Nie wpychaj się na sucho. To jest błąd w sztuce miłości. Jeśli już pokazałeś zarys swoich narządów, dotrzymaj obietnicy. I pamiętaj, że ludzie nie potrzebują w łóżku akrobaty. Czego nam trzeba? Chcemy zbliżyć się do naturalnego mężczyzny, chcemy się zbliżyć do naturalnej kobiety. Nie udawaj uwielbianego pieśniarza z liczną rzeszą zwolenników, podążających za nim przez wzloty i upadki jego życia aż do tej chwili. Jesteś wśród ludzi. Więc bądź skromny. Wymawiaj słowa, podawaj dane, usuń się w cień. Bądź sobą.
To jest wewnętrzny pejzaż. To jest wewnątrz. Intymne. Szanuj intymność materiału.
Dodaj swój komentarz (1)
10. styczeń 2008 22:13:00
Stać na szczycie wydmy, w niskim słońcu, pośród miedzianych pni sosen schodzących do miasta w cieniu. Nie myśleć o zwłokach owczarka, zawiniętych - jak w bet - w polarowy koc i złożonych przed kapliczką ze znakiem swastyki.
„To sikorka?" - zapytać. Albo: „Kółko czy krzyżyk?"

Dodaj swój komentarz (7)
05. styczeń 2008 14:46:00
Była niedziela i nie wiadomo jaka siła pchnęła Jana w otwarte wrota bramy, przeniosła nad żwirowanym podjazdem i zatrzymała u frontowych drzwi dworu w Liwie. Bez wątpienia była to para najlepszych, gniadych koni, zaprzężona do nowego, wystawnego powozu. Być może też ambicja i zawziętość chłopa, który ciężką pracą i przebojem zdołał zdobyć wszystko prócz błękitnej krwi. A może poczucie pełni sił i męskości, albo pospolita, erotyczna fascynacja czterdziestolatka. Jeżeli była to miłość - szesnastoletnia Zosia nie chciała o niej słuchać ani wiedzieć.
-Jest starcem z siwą, farbowaną brodą - mówiła, gdy doniesiono jej o oświadczynach i że dla niej sprzedał za złoto stajnie i gospodarstwo na odludziu, i kupił inne - w pobliżu miasta, kościoła i huty szkła. Podobno mówiła te słowa w chwili, kiedy w ślubnej sukni stanęła u drzwi kościoła i kiedy Jan przeniósł ją przez próg nowego, drewnianego domu, w którym - zgodnie z obietnicą - żyła u jego boku, rodząc mu cztery córki i pielęgnując w chorobie, dopóki nie rozłączyła ich śmierć.
-Był starcem z siwą, farbowaną brodą - powtarzała pięćdziesiąt lat później, kiedy umarł i mogła wreszcie wyjechać za najmłodszą córką na ziemie odzyskane. I nawet po sześćdziesięciu latach, gdy wróciła do starego domu, żeby umrzeć na swoim i być pochowaną u boku męża. Słyszały te słowa druhny strojące ją w welon, wszystkie córki, wnuczki i nawet ja je słyszałam, gdy jako kilkuletnia dziewczynka zakradałam się do pokoju prababci Zofii, żeby przyglądać się umieraniu.
I może te słowa, po wielokroć powtarzane, pewnego dnia pozbawiły Jana sił i złożyły w łóżku na dwadzieścia lat. A może nieumiejętność pogodzenia się z chwilą słabości, w której uległ wpływom oszusta i tuż przed wielką dewaluacją wymienił złoto na papierowe pieniądze, i stracił wszystko, co wydawało się pewne, i na czym budował całe swoje życie.
Został po nim drewniany dom, który spłonął w wielkim pożarze wsi, cudem ocalała komoda o przepastnych szufladach wypchanych banknotami, którymi mogłam bawić się w sklep, rodzinna opowieść o siwej, farbowanej brodzie i czarnobiałe zdjęcie, przedstawiające złożonego w trumnie, gładko wygolonego starca.
Wśród kobiet w pierwszym rzędzie - pośrodku żona Zofia (z książeczką i różańcem) i trzy córki: Helena (moja Babcia, pierwsza z lewej), Celina (profilem) i Józia (z torebką). W ostatnim rzędzie czwarta córka Tosia (w czarnej chustce).
Za plecami Józi i Celiny - Janek, mąż Józi.W pierwszym rzędzie, pierwszy z lewej - Czesław (mąż Heleny, mój Dziadek).W lewym górnym rogu, w białej chustce - Daniela, (córka Heleny, moja Mama :-).
Dodaj swój komentarz (2)
04. styczeń 2008 18:05:00
wieczorne niebo
poplamione czernią
skrzydła wron
Dodaj swój komentarz (0)
04. styczeń 2008 17:56:00
śnieg przykrył ślady
ogród jest teraz biały
bałwan spokojny
Dodaj swój komentarz (0)
01. styczeń 2008 23:11:00
Przyjechał piaszczystą, wyboistą drogą, którą odeszła artyleria, a za nią sezonowi robotnicy, którzy już nie mieli tu czego szukać po tym, jak pociski zrównały z ziemią hutę szkła księcia Golicyna. Podobno wśród ruin można było znaleźć szklane naczynia, ozdobione kwiatami i odporne na stłuczenie. Podobno kurz i pył były wszędzie - nad lasem, gdzie kopano torf do pieców, nad wydmami, skąd czerpano piasek, nad dachami porzuconych baraków i służbówek.
Janek przyjechał z grupą robotników drogowych, do ludzi i domów otwartych na ich przybycie. Z pewnością wydawał się kimś ważnym - zwracano się do niego „inżynierze". Nigdy nie walczył na wojnie, więc mógł wydawać się też czysty, nie pobrudzony. A Józia była piękna, bujna, rozśpiewana, rozmodlona i skazana na wieczną samotność pośród pospolitych chłopskich synów.
Podobno spotkali się już pierwszego dnia, na majówce. Mogę sobie wyobrazić jak strumień kobiecych głosów spływa spod kapliczki, dźwięcznie toczy się po zboczach wydm i odbija się echem od hałd żużlu. Pamiętam piękny, chóralny śpiew Józi, Babci i pozostałych sióstr.
Janek nie śpiewał, pamiętam, był cichy. A jednak w tamtych czasach zdołał kierować budową i pełnić nadzór nad grupą samotnych, trunkujących, mężczyzn.
Przemiana hałdy żużlu w czarną, pylistą drogę trwała kilka miesięcy. Robotnicy odeszli, ale Janek został, kupił gospodarstwo, poślubił Józię, został ojcem kilku synów i córek, żył długo i cicho, jakby w cieniu, aż w końcu umarł - jak wszyscy.
I to już koniec zwyczajnej historii i pewnie bym jej nie opisywała, gdyby nie to, co dzieje się z drogą Janka. Żużlowy pył, który kiedyś przy byle podmuchu wiatru wciskał się do płuc, brudził stopy, buty i końskie kopyta - gdzieś zniknął. Ale droga istnieje - jest twarda, gładka i odporna na wyboje. I lśni w słońcu miriadami dawniej niewidocznych, a teraz odkrytych, kolorowych, szklanych bryłek, na które miejscowi nie zwracają uwagi, bo pola i łąki w tej okolicy zawsze były pełne szkła.

Dodaj swój komentarz (0)

