Jesteś w archiwum mojego bloga - wrzesień 2006
28. wrzesień 2006 15:25:00
Można się przepychać na żyznej grządce, a można i tak – ubita droga, słońce, piach.
;)
Dodaj swój komentarz (6)
27. wrzesień 2006 00:27:00
cień chłodzi rzekę
coraz ciszej w szuwarach
drewnieją ważki
Dodaj swój komentarz (4)
24. wrzesień 2006 20:45:00
Rzeka jest lodowato zimna, ale płytka i rozświetlona. Długo brodziłam w wodzie poniżej kolan. Wiem, że foto-kuracja – to sztuczne pompowanie nastroju, darmowa namiastka jakichś prochów. Jak się przeziębię – będę wiedzieć że za karę.
W rzece tkwił pień jak potwór, kąsek dla foto-Fanki :-). Czepiałam się gałęzi, schodząc po stromym zboczu.
W osuwającej się skarpie, na granicy nurtu tkwił fragment ogrodzenia – żelbeton obrośnięty miętą. Zapomniałam o potworze.

Rezerwat, las, rzeka, skarpa – to dla mnie za mało. Ja nawet nie wiem, czy lubię przyrodę. Tęsknię do ludzi i szukam ich śladów. Mieszkali tutaj wszędzie – potem nagle odeszli. Nie pozostały po nich żadne dokumenty, żadne wspomnienia, sąsiedzkie opowieści.
Chyba się domyślam ich narodowości.
Dodaj swój komentarz (14)
23. wrzesień 2006 17:14:00
liście jak trąbki
i żółte dzioby kosów
gwiżdżą na jesień
Dodaj swój komentarz (1)
22. wrzesień 2006 20:20:00
Za tym oknem, na Kościuszki pod numerem piątym mieszkał Bronisław Marchlewicz, pseudonim „Śmiały”. Był komendantem granatowej policji, agentem wywiadu AK, wieloletnim bywalcem komunistycznych więzień, sprawiedliwym wśród narodów świata.
Siedzimy z A. pośrodku cienistej polany. Cztery podgrzybki brązowią się w mchu. Soczysta zieleń, obłoczki, lekki wiatr.
- Oni nadal tu leżą: kobiety, starcy, dzieci. Tylko silnych mężczyzn pogonili na rampę.
Potem oglądam ukośną przesiekę i słucham opowieści o ognistej kuli, która przetoczyła się tędy w biały dzień. To jedno z najsilniejszych przeżyć siedmiolatka, który biegał do getta bawić się potajemnie w Janka i Gustlika.
A. podejrzliwie zagląda mi w oczy, kiedy mówię, że mu wierzę. Ale ja nie kłamię: moi Rodzice też taką widzieli, w innym miejscu lecz w podobnym czasie – około dwudziestu lat po wojnie. Jasna kula ognia spłynęła z wydm, na których nasza jazda stawiała opór ich czołgom i długo toczyła się miedzą pośród zagonów seradeli.
Dodaj swój komentarz (4)
21. wrzesień 2006 07:30:00
(dedykowane mojemu panu od PO)
pobudka! up, up!
jaskółki za morze, gołębie na dach,
wróble w garść!
PS. Jakiekolwiek podobieństwo do wczorajszego Issy (opublikowanego na znajomym blogu) całkowicie przypadkowe:
swallows, pigeons
sparrows
Dodaj swój komentarz (4)
18. wrzesień 2006 20:52:00
ależ trajkocze
dzięcioł z czerwonym kuprem
sypie się kora
Dodaj swój komentarz (9)
16. wrzesień 2006 21:07:00
Gdybym nie zapuściła się w starorzecze, i gdybym nie wpadła do żabiego oczka, pewnie bym nie klęła jak szewc i nie wdrapywała się z rowerem po tak stromym, śliskim od liści zboczu.
Na górze, w najbardziej wietrznym miejscu, tuż nad uskokiem, tkwił w ziemi betonowy półokrąg. Roślinność porastająca szczyt skarpy nie wyglądała na naturalną. Przedarłam się przez zewnętrzny pas gęstwiny i znalazłam się nagle w pustym wnętrzu koła, utworzonego z wybujałych, krzewów. Otaczały mnie kępy nagich badyli. Jasna, delikatna kora i liście – nieliczne i wypłowiałe, wyniesione wysoko ponad linię wzroku, świadczyły o życiu tych dziwnych chaszczy. Znalazłam drugi taki krąg i kolejny, i jeszcze jeden. Między nimi stał mocny, drewniany słup z wgłębieniem. Trzy schodki z czerwonej cegły wrastały w ściółkę i mech.
Usiadłam na nich i nagle zrozumiałam, że patrzę na duży, opuszczony ogród. Bajeczne kręgi – to żywopłoty, kiedyś strzyżone i pielęgnowane, słup – to podstawa żurawia, a dół w ziemi – to pewnie stara studnia. Ktoś tu mieszkał, na skarpie, zanim rzeka zmieniła koryto, strzygł krzewy, podlewał kwiaty i być może siadał na ceglanych schodach, aby patrzeć na ogród tak, jak teraz ja.
Dodaj swój komentarz (5)
14. wrzesień 2006 20:56:00
pęcznieje rosa
ślimak rozchyla muszlę
perła jest twarda
Dodaj swój komentarz (4)
13. wrzesień 2006 18:22:00
I tak oto mamy za sobą pierwszą odsłonę wznowionego przedstawienia: krzyki na ulicy, pogróżki, policja, nakazy, zakazy, sesja zdjęciowa.
W łóżku pod orzechem próbowałam odespać noc, ale stada ptaków – chyba wielogatunkowe – obsiadły drzewa i zagłuszały chrobot pacek do tynku, a nawet wiertarkę Robala, Apolla i Mateły.
O siódmej aerobik, spotkam się tam z Iwcią.
Nie komentujcie, proszę.
Dodaj swój komentarz (0)
11. wrzesień 2006 21:27:00
jutro kocioł i kicha
w sądzie się spotykam
z bossem P.
ehe! ehe!
nie wymiękam!
no dobra, trochę stękam.
dom jest mój!
dostanie w trąbę głupi cioł!
joł, joł!
skończę z głąbem!
rozstanę się z chamem
i nie tylko z nim.
(tu rym
się rwie).
ehe! ehe!
Dodaj swój komentarz (7)
10. wrzesień 2006 23:24:00
Iwcia pędziła na wschód pustą szosą, a świat rozrastał się i dziczał w surowym świetle odbitym od czerwonych chmur. Czułam się wolna i było pięknie. A dziś wróciłyśmy do domu.
Dodaj swój komentarz (0)
07. wrzesień 2006 21:19:00
"Co ma wspólnego szczerość ze sztuką?
Prawda to co innego"
tak mi się samo otworzyło
:-)
Dodaj swój komentarz (7)
04. wrzesień 2006 22:25:00
Przeszył mnie śpiewny dźwięk, jakby ktoś zabawiał się dmuchaniem w pustą, szklaną butelkę. Zobaczyłam, że niebo jest tak lodowate, jak zimne może być złoto, błękit i róż. Wichura, która przyszła po chwili, nie gięła gałęzi i nie gniotła drzew, ale szarpała i rwała je w górę, a las trzeszczał, ryczał i wył. Niebem płynęła rtęć, a rzeką rdza.
Coś spadło mi na głowę, pomyślałam, że grad, ale to mirabelki, żółte i czerwone, obsypały mnie ot tak, w środku leśnego gąszczu. Jadłam je, a potem jeszcze ulęgałki i kwaśne jabłka, które spadały obok, na ściółkę i trawę.
Nie jestem tą dziewczyną. Nie dla mnie posadził ten sad, który już zdziczał i prawie zamarł, i nie dla mnie zbudował willę, której fundamenty kruszeją w mchu. Są tu jeszcze ślady lipowej alei, którą być może miała chodzić nad rzekę i kasztanowy krąg, w którym siedziałam, jadłam jej śliwki i plułam pestkami, a gdzie być może miała pijać kawę.
Tyle, że dziewczyny są śmiertelne i nie dożywają moich lat.
Dodaj swój komentarz (22)
02. wrzesień 2006 22:07:00
Powietrze wydawało się całkowicie nieruchome, a jednak nadpływały. Połyskiwały w słońcu jak szereg niewiarygodnie wydłużonych, lekko drżących koników morskich, albo flotylla obcych z książek Lema. Wolno, majestatycznie spływały znad dachu domu, nad trawnikiem lekko zniżały lot, potem się wznosiły i znikały za zasłoną z winogron.
Myślałam, ze babie lato - to latająca pajęczyna, jaką czasem widywałam nad łąką, nie wiedziałam, że to tak.
:-)
Dodaj swój komentarz (3)
01. wrzesień 2006 09:33:00
a kiedy przesypiamy dzień
w gęsim puchu, z wczorajszym porankiem
rumieniącym się w fałdach powiek,
nielotne anioły z marzeń
podejmują taniec. ich dłonie
dzwonią lekko, wesoło klaszczą,
tupią w barokowych wieżach,
wdeptują w ziemię wzgórze.
tymczasem skwar za oknem narasta i rosa
przestaje skraplać się z niczego.
dach cichnie - kawki sączą z gontu
resztkę wilgoci, a ich pióra
już nie wydają się atramentowe.
młode mewy na wysypiskach
krzyczą o morzu.
obudźmy się w porę, w śpiewie ogrodu,
z rannych pni, gniazd nabrzmiałych owoców,
z listkiem mięty w ustach.
innym razem się nie zdarzy.
nocą wrócę do rzeki.
Dodaj swój komentarz (15)
